Profile Photo
O nas
PhotShot to dwóch zapaleńców z głowami pełnymi pomysłów - Kuba Sarata i Adam Pliszyło. Witamy na naszym blogu!

image

Na koncercie Bena Caplana mocno się nakręciłem na muzyczno-koncertowe fotografowanie. Kolejna okazja ku temu nadarzyła się całkiem niedawno na Jam Session w Klubie pod Jaszczurami. Było oczywiście świetne granie ale przede wszystkim nieukrywane emocje czyli to co fotografa na koncercie obchodzi najbardziej. Wielkie brawa dla muzyków!

Nie nazwałbym tego reportażem. Brakuje tutaj mnóstwa niezbędnych elementów - choćby szerszego planu, zarysowania kontekstu. Bardziej rozpatruję te zdjęcia jako kwintesencję fotografowania dla (mojej) przyjemności, luźne łowienie emocji w światłach sceny.

Muszę też wspomnieć o jeszcze jednym - mojej ukochanej 50D strzeliło na tym jamie 50 000 klatek. To połowa gwarantowanej wytrzymałości mojej migawki więc całkiem prawdopodobne, że i połowa jej “życia” ;)

Kliknij na zdjęcia, aby powiększyć

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Muzyku! Jeśli robiłem Ci zdjęcia a nie widzisz się powyżej - napisz na kuba@photshot.com poszukamy :)

Do zobaczenia na następnym jamie! Kuba

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

image

Uwielbiam wczesnowiosenne fotografowanie, szczególnie kiedy sesja zapowiada się obiecująco, a pogoda nie spłata figla. Tak było tym razem - z Marysią i Wiktorem, moimi przyjaciółmi, którzy niebawem zostaną szczęśliwymi rodzicami :)

Sesja zaplanowana na papierze:

image

Efekty: (kliknij na zdjęcia, aby powiększyć)

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Ach, wiosna! Jak Wam się podoba?

Zdrówko, Adam

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

Mięta

Kiedyś powiedziałem, że dobre zdjęcia można wypracować w jedenaście godzin albo zaimprowizować w piętnaście minut. Do “Mięty” przygotowywaliśmy się co prawda nieco dłużej niż kwadrans, ale i dla mnie i dla Sylwii to definitywnie była sesja dla przyjemności :)
Ze stylizacją pomogły nam dziewczyny z Twins fashion life. Do niej dopasowaliśmy miejsce - krakowski Łęg. Z asystą pomogła Natalia Gładysz/FotoN z nieodłączną Milę no i poleciało :)

imageSylwia

Sesja na Łęgu była moja pierwszą i tak naprawdę nie wiedziałam czego się spodziewać. Wszystko odbyło się bardzo naturalnie - Kuba umiał wyjaśnić o jaki efekt mu chodzi, a ja byłam totalnie wyluzowana.
Myślę, że efekt końcowy jest równie naturalny co atmosfera na planie.
Jak się okazało najtrudniejsza rzeczą wcale nie było pozowanie, a … utrzymanie równowagi w lesie na szpilkach! ;)
Podsumowując: Piękna pogoda + natura + zdjęcia = świetna zabawa!


Credits

MUA, włosy i modelka - Sylwia M
Stylizacja - Twins fashion life
Asysta (vel blendotrzymaczka) - Natalia Gładysz/FotoN
Fotografie - Kuba Sarata/PhotShot

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

/Kuba

Ah jak ja lubię fotografować na koncertach :) Szczególnie takich! Ben Caplan zrobił na mnie i reszcie kilkudziesięcioosobowej publiczności w Pięknym Psie, ogromne wrażenie.
Coś mi się wydaje, że częściej będą się tutaj pojawiać zdjęcia z koncertów ;P
__________________
ENGLISH VERSION

I so do like to take pictures on concerts! Especially such concerts like this one played by Ben Caplan in Piękny PIes club last Thursday. It was just amazing :)
I think from now on there will be more of concert photography here :)
Ben thank you again and I’m hoping to see you soon again in Krakow (and take some photos too ;] )

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

/Kuba

Dwa spojrzenia - na fotografie, na zdjęcia… taki mamy z Adamem pomysł na PhotShot. Niestety Adam nie mógł pójść ze mną na wernisaż “Dziennik” Łukasza Kusia w krakowskiej ZPAF Gallery, dlatego zabrałem Konrada - kulturoznawcę, socjologa, dziennikarza, analityka kultury, miłośnika książek i nienormalnych filmów, a prywatnie - mojego współlokatora ;) 
Po ciekawych dyskusjach, zarówno na miejscu i później, obaj napisaliśmy co myślimy.


imageŁukasz Kuś - “Dziennik” (Fot. ZPAF Gallery)

Kuba
Jeśli choć trochę znacie moje fotografie, wiecie że lubię prostotę. Potrafię docenić wartość zdjęcia strzelonego na środku nowohuckiego blokowiska, za przydrożnym barem przy A4’ce, czy pod obskurnym mostem w Katowicach - sam często takie robię. Zdjęcia pozornie zwykłych rzeczy w zwykłych, codziennych sytuacjach, a jednak coś w nich jest.

Dziennik (np. fotograficzny) zdaje się bazować na podobnym mechanizmie - dokumentacji rzeczywistości. Wizualne zapiski codzienności, personalne notatki… No właśnie - personalne. Prywatne, osobiste, schowane, swoje, własne. Dziennik jako taki, w swojej naturze, zamyśle i pomyśle (to praktycznie jedno i to samo, w dodatku tworzy niepotrzebny rym cym cym) jest czymś prywatnym.
I tutaj też widzimy niezwykle osobistą historię choroby - codziennego obcowania i walki z nią kogoś bardzo bliskiego. Historia ta jest jednak całkowicie niedostępna dla widza jej nieznającego. Ktoś kto nie poznał jej gdzieś indziej (wcześniej), nie pozna jej i tutaj. Zgodnie ze słowami autora - ponoć taki był zamysł koncept.

Tu wchodzimy trochę w temat tekstu, który chcę niedługo napisać - dlaczego warto robić zdjęcia? Bo fotografie przypominają ich autorowi i uczestnikom, pewne sytuacje i zdarzenia – (w szerszym kontekście) szerszy kontekst. Jest on jednak znany w ogromnej większości tylko im - ludziom, którzy tam byli gdy pracowała migawka aparatu. Odczucia, wspomnienia, słowa, melodie, zapachy z nimi związane pozostają w naszej pamięci, a zdjęcia tylko je nam przypominają. Bo przecież kumpel z pracy, gdy jesteś po trzydziestce, nie widzi na zdjęciu, że Twój tata robiąc je, podczas Twoich 7 urodzin, puszcza do Ciebie oko. Ty to widzisz – pamiętasz.
Za “Dziennikiem” Łukasza Kusia stoi zapewne mnóstwo takich puszczonych “ok”. Niestety nie zostały one puszczone do
nas.

Co nam zostaje z tej wystawy jeśli nie historia? Nie mogę ocenić jej fotograficznie, bo to by było jak ocenianie mojego Instagrama - w końcu to też swego rodzaju dziennik. Co ciekawe, wszystkie fotografie zostały zrobione Fuji Instax’em, a więc fizycznym pierwowzorem smartphon’owej aplikacji.
Jestem oczywiście otwarty na wszystkie interpretacje, do mnie to jednak zwyczajnie nie przemówiło.


imageŁukasz Kuś - “Dziennik” (Fot. ZPAF Gallery)


Konrad
Pierwszą najbardziej elementarną kwestią tej wystawy był problem przestrzeni, z którym autor nie poradził sobie zadowalająco i bynajmniej nie chodzi mi tu o przestrzeń galerii, a sferę emocjonalną fotografii. Projekt, który miał być uzewnętrznieniem pewnej intymnej historii, (a więc całkowitym ekshibicjonizmem uczuciowym), tłumaczony był jako „coś
dla tych, którzy wiedzą o co chodzi”. No dobrze, a więc po co to w ogóle wystawiać w przestrzeni ogólnie dostępnej? Autor postawił tym samym ogromną barierę, która z galerii, będącej przestrzenią inkluzywną, zrobiła miejsce ekskluzywne, pełne intymnych „wycieczek osobistych”, które dla „niezrzeszonych” stanowić będą średnio interesującą mozaikę fotografii. Wszystko to dotyczy pewnej historii, której istnienia mogą się jedynie domyślać.

Kolejną rzeczą na którą zwróciłem uwagę, są pewnie nieścisłości w prowadzeniu narracji autora w swoich pracach. Dość jasno widać, że projekt ma zarówno rozpoczęcie jak i zakończenie w postaci fotografii ogrodu. W „środku” mamy jednak rozsypane zdjęcia, które niekiedy stanowią pewne zestawy, a zazwyczaj są po prostu silnie nacechowane emocjonalnie (rzecz jasna tylko dla autora, bo nikt inny nie wie przecież o co chodzi – założenie autorskie), nie ma tu jednak żadnej większej, jasno widocznej logiki. Aż prosi się, żeby między zdjęciami narysować strzałki, które mogą prowadzić do (nawet zwodniczych) newralgicznych punktów, które nadałyby większy sens. Czułem się trochę jakbym oglądał akwarium pełne różnych ryb. Niby ich dużo i kolorowe, ale co tak naprawdę łączy je oprócz tego, że każda z nich jest rybą.

Mimo powyższych, średnio pochwalnych uwag, uważam, że wystawa ma duży potencjał i można zaprezentować ją lepiej w odpowiedniej przestrzeni lub z konkretną narracją. Rozumiem założenia „sztuki dla siebie”, ale nie uważam, że autorowi do końca o to (tak naprawdę) chodziło. Żałuję, że żadne ze zdjęć (oprócz plakatowego) nie zapisało mi się dokładnie w pamięci i nie jestem tym samym stwierdzić, czy ilość zdjęć przedstawiających postaci ludzkie do ilości fotografii przedmiotów była
proporcjonalna, nie mówiąc o wielu innych szczegółach. Z chęcią zobaczyłbym tę wystawę jeszcze raz, ale w zupełnie innej aranżacji.

***

Jeśli będziecie w okolicach - warto wstąpić i rzucić okiem. Wystawę możecie nadal zobaczyć. Do 15.05.13 pozostaje na
ścianie ZPAF Gallery przy ul. Św.Tomasza 24. Nie zapomnijcie podzielić się z nami swoimi wrażeniami.
A tutaj trochę zdjęć Karoliny Moskały z wernisażu —> KLIK.

/Kuba i Konrad

Historie z jesiennego sadu

Zima się kończy więc i my wychodzimy z zimowego snu (fotograficznego) - nareszcie “nowe” zdjęcia :) Nowe nie nowe - mamy trochę zaległości w publikacjach. Zaczynam więc od mojej, jeszcze jesiennej sesji w jednym z podkrakowskich sadów.

Do współpracy zaprosiłem Madę Bielaszkę, absolwentkę krakowskiej szkoły wizażu - Artystyczna Alernatywa. Z powodzeniem współpracowaliśmy już wcześniej, więc nie miałem obaw o efekty. Mada zgodziła się odegrać również rolę modelki (i kilka innych ;) ).

Koncepcyjnie

Koncepcja była dość prosta - jesienny sad czyli gasnące acz nadal miejscami bardzo intensywne kolory. Wszystko w (zaznaczonym z głową) klimacie etno.

Z mojej strony sesja miała oprzeć się o lookbook i portret. W pierwszej części sesji światło było na tyle sprzyjające, że zdecydowaliśmy się na fotografowanie przy świetle zastanym, pomagając sobie blendą.

Dwa rodzaje światła - dwie stylizacje.

Jesień to piękna ale mimo wszystko trudna do fotografowania pora roku. W tym przypadku przede wszystkim ze względu na zmienność pogody/światła. W związku z powyższym powstały dwa sety zdjęć - “ciepły” i “zimny”.

Pierwszy zestaw zdominowało ciepłe światło i bordowy sweter. W tle na suchych gałęziach kontrastują pojedyncze żółte liście.

Drugi set to już bardziej stonowane kolory. Słońce zdecydowało, że już nam wystarczy czyli “ja sobie idę a Wy sobie tutaj radźcie” ;) Sesja przeszła z lookbookowej w bardziej portretową. Bordowy sweter zastąpiliśmy beżowym z kapturem. Na tym etapie dołączyły do nas Sara i Megi - dwa piękne owczarki niemieckie. Współpraca nie była jednak łatwa. Pomagający nam Marcin (na co dzień właściciel psów) musiał się nieźle nabiegać żeby czworonogi ustawiły się jakkolwiek sensownie ;)

Kilka zdjęć jeszcze chowamy więc od razu zapowiadam update’y :)

Credits

MUA, włosy, stylizacja i modelka czyli full service - Mada Bielaszka

Asysta i psy - Marcin Gumula

Fotografie - Kuba Sarata/PhotShot

/Kuba

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

Ręka w górę, kto nie zauważył outdoorowej kampanii Reserved? Wydaje mi się, że nie zobaczę lasu rąk - Reserved jest wszędzie!

Był kiedyś taki kawał: o Stalinie w gazetach, Stalinie w radio i w końcu strachu przed Stalinem w sowieckich konserwach. Ja boję się otworzyć lodówkę, bo może stamtąd też zaraz spojrzy na mnie młodziutka Cara Delevingne, krzycząc “Be inspired!”

Ale po kolei, zacznijmy od zdjęć.

image

fot. Mateusz Stankiewicz/reserved.com

Sesję prezentującą trzy nowe linie Reserved wykonano w Miami/USA. Nie ma co gadać, odpowiedzialny za nią Mateusz Stankiewicz i ekipa AFFOTO.pl, spisali się na medal!

Większość zdjęć wykonano w przestrzeni ulicy, czyli tam gdzie ciuchy będzie można najczęściej zobaczyć na co dzień. Całość dopełniają ujęcia w przestronnych wnętrzach.

Tegoroczną twarzą Reserved jest Cara Delevingne, brytyjska modelka o trzeba powiedzieć charakterystycznej urodzie.

Zaryzykuje stwierdzenie, że Stankiewicz fotografuje odważnie… no dobra - śmiało, ale z rozwagą. Nie boi się spojrzeć pod słońce, mocno przyciąć, pochylić kadr a nawet trochę pomalować światłem. W fotografii mody panuje dziś mocna dowolność (bardzo dyplomatyczne określenie ;) ). Mateuszowi udaje się tutaj jednak odnaleźć jakiś złoty środek. Podoba mi się to!

image

fot. Mateusz Stankiewicz/reserved.com

Trochę technikaliów. Stankiewicz fotografował robiącym małą furorę wśród profesjonalistów, nowym pełnoklatkowym Nikonem D800 (Adam napisz jak bardzo chciałbyś go dostać w łapy ;) ). Pochwały tego body płyną z różnych fotograficznych światków - podróżniczego, górskiego, a teraz jak widać także modowego.

Większość zdjęć wykonano przy świetle zastanym. Wiele ciuchów z kolekcji jest w modnych ostatnio odcieniach pasteli. Błyski lamp mogłyby tu trochę popsuć ciepły, stonowany klimat. Zresztą po co komu dodatkowe światło - na Florydzie nie brakuje chyba Słońca ;)

Więcej backstage’u tutaj:

Making of Reserved spring summer 2013 | feat. Cara Delevingne from Bart Pogoda on Vimeo.

Powstał więc świetny, ale przede wszystkim bardzo zróżnicowany materiał. Fajne ciuchy, Cara, Miami, słońce, interesujące, adekwatne do kolekcji plenery.

W takim razie, czemu piszę, że wiosenna kampania Reserved jest do bani? Bo nikt nam tych zdjęć nie pokazuje! Cara patrzy na nas z co drugiego bilboardu, ale w sumie zawsze z tego samego zdjęcia. Citylighty tej kampanii są wszędzie - dziś widziałem jeden na zamkniętym (!) przystanku. Problem polega na tym, że na żadnym z nich nie widać zdjęć z Miami. Reserved pokazuje nam suche lookbuki na białym tle. Czemu, ja się pytam? Przecież jest się czym chwalić!

Wszystkie zdjęcia można oczywiście fajnie pooglądać na stronie marki ale nikt mi nie wmówi, że strona, nawet najpopularniejszego brandu, ma większy (skuteczny) zasięg niż ogromna kampania outdoorowa w całym mieście.

Spece od reklamy w przestrzeni miasta, powiedzą pewnie, że taki teraz trend w marketingu - Mango robi przecież to samo. Citilight jako forma wymagająca czystego, prostego przekazu? Może i racja. Co nie zmienia faktu, że Reserved dosłownie zalewa nas zdjęciami na jedno kopyto. Jak to ma być inspirujące?

Jeśli chcielibyście poczytać o nowej kolekcji Reserved od modowej strony to polecam wpis na blogu twins fashion life.

/Kuba

_________________

Polub lub skomentuj TUTAJ :)

W ostatnim wpisie, Kuba zwrócił uwagę na częściową utratę wyjątkowości cyfrowej fotografii. Wrzucił doskonały przykład duszy tkwiącej w tradycyjnym procesie wykonywania zdjęć. Dziś trochę o szukaniu ducha w cyfrze. Da się zrobić coś unikalnego, co nie umknie natychmiast przygniecione milionami śmieci?

Co minutę na flickr.com jest wrzucanych ponad 6 tysięcy zdjęć, na facebooku pojawia się ich dziennie 250-300 MILIONÓW (!). Możliwości robienia i publikowania zdjęć przytłaczają. Nie oznacza to oczywiście, że fotografia została pozbawiona czaru, ale niewątpliwie trzeba się postarać, by coś wyjątkowego zostało znalezione i docenione. Jak sobie pomóc? Chociażby przez projekty, cykle fotograficzne, którym “cyfra” paradoksalnie - często pomaga.

O co chodzi?
Na pewno nie raz spotkaliście się z projektami polegającymi na codziennym fotografowaniu siebie (czy też miejsca) przez np. rok. Efektem był atrakcyjny i przede wszystkim maksymalnie kilkuminutowy film timelapse. Takie rzeczy w internecie często przybierają wirusowy charakter i pojawiają się w wielu miejscach, są zauważane i ciekawe. Sami oceńcie.


Mało kto porwał by się na taką formę wykonaną analogowo i ręcznie wywoływaną, wymagałoby to ogromu pracy (choć efekt pewnie byłby niesamowity).

W necie często to co wczoraj święciło rekordy popularności, jutro staje się oklepane i powielane na potęgę, dlatego doceniana jest oryginalność. Zaryzykuję stwierdzenie, że jedno zdjęcie nigdy nie osiągnie takiego wirusowego zasięgu jak cykl, seria na którą czeka coraz większa rzesza odbiorców.

Przypadek z naszego krakowskiego podwórka?

"Dawno temu w Krakowie" [klik!]

Takie proste, a takie atrakcyjne. Pewnie wiele osób (tak jak ja) zadało sobie pytanie: dlaczego ja na to nie wpadłem?

W tym sęk - niszowe projekty, choć w wielkiej części świetne jakościowo lub merytorycznie, nie mają szans w Internecie. Spryt i błyskotliwość połączone z umiejętnością ubrania pomysłu w oryginalną formę to niemal murowany triumf. Nie mówię tu wcale o projektach powierzchownych lecz i tych głębszych, próbujących przekazać oglądaczowi coś więcej niż tylko ładne obrazki.

Status materialny rodzin z różnych krajów [klik!]

Przykłady można mnożyć:

"Zwierzęta z osobowością" Tima Flacha [klik!]

Hydranty? A może planety? [klik!]

Życie małych ludzi obok nas :) [klik!]

Elementy scenografii wykonane z… LEGO! [klik!]

"365 drzew" Cecylii Malik [klik!]

Zainspirowani?
Ja jestem pełen podziwu i trochę zazdroszczę pomysłodawcom. Wytężam umysł i zaciskam ręce na korpusie aparatu. Może kiedyś wstrzelę się w pomysł nowatorski na tyle by błysnąć tu przed Wami :). A może wśród Was zdarzył się projekt z którego jesteście dumni? Jeśli tak to gratuluję, jeśli nie - życzę miłego rozmyślania!
/Adam


Kliknij TUTAJ żeby skomentować lub polubić :)

Jest poniedziałek, przed 23:00. Siedzę w łóżku. Piszę trzymając na kolanach netbooka. Na parapecie leży laptop z odpalonym Spotify. Obok telefon a w nim głos brata z drugiego końca miasta.

Z każdym dniem przybywa wokół nas technologi, mikroporcesorów i cyfrowego świata. Można się przestraszyć, nabawić bólu głowy albo zwyczajnie uzależnić…

W fotografii jest podobnie. Cyfrowa rewolucja się skończyła - teraz łatwość fotografowania przyjmujemy za standard. Często nie tyle zapominamy, że wcześniej zdjęcie było czymś wyjątkowym, co zwyczajnie o tym nie wiemy. I co z tym zrobić?

American Tintype from Matt Morris Films on Vimeo.

Amerykański fotograf Harry Taylor chyba znalazł sobie na to sposób - wygrzebał a co więcej opanował ponad stupięćdziesięcioletną technikę fotografowania - ferrotypię. Efekty jego pracy są zwyczajnie przepiękne. Moja ulubiona praca to portret brodatego gościa z kapeluszem (w filmie 02:04min).

Nie, nie lećcie do metalowego po blachę ani nie kombinujcie koloidu - no chyba że bardzo chcecie ;) Zróbcie po prostu czasem coś “analogowo”. Bez połączenia z siecią ani mikroporocesora w środku. Ja biegam. Adam zrobił kiedyś camere obscure z klocków lego . A Wy co robicie gdy chcecie się odciąć?

Więcej o ferrotypii znajdziecie w angielskiej Wiki

/Kuba

Kliknij TUTAJ żeby skomentować lub polubić :)

Myśleliście kiedyś tak, że przydałby się Wam taki dynks albo wihajster? Tylko skąd by coś takiego wziąć, przecież na pewno nikt czegoś takiego nie produkuje… No i tu z pomocą przychodzą nasi znajomi z Materialination - potrzebujesz dynksa to sobie go wydrukuj! :)

Pierwszy raz spotkaliśmy się z na zeszłorocznym TEDxKraków gdzie stwierdziłem, że pracująca drukarka 3D jest po prostu idealna pod kinografikę ;)

image

Każda branża ma te małe rzeczy, które są całkiem przydatne ale niezmiernie szybko się gubią. Dla fotografów są to na przykład dekle do obiektywów. Ja zgubiłem już dwa - jeden w Gruzji drugi na Islandii :P

Chłopaki z Materialination zaproponowali, że wydrukują mi dekiel do mojej pięćdziesiątki. Jednak nie będzie to ot zwykła canonowa zatyczka do szkła - to będzie dekiel PhotShot’a :]

Efekt pierwszej próbnej przymiarki do photshotowego dekla poniżej a o dalszych pracach będziemy informować na bieżąco :)

image

Finalnie dekiel będzie (oczywiście) czerwony ale mi już się podoba. A Wy co myślicie?

#Kuba

_______________________________

Więcej o Materialination znajdziecie na:

ich stronie: www.materialination.com

i ich fanpageu: www.facebook.com/Materialination


Kliknij TUTAJ żeby skomentować lub polubić :)