Profile Photo
O nas
PhotShot to dwóch zapaleńców z głowami pełnymi pomysłów - Kuba Sarata i Adam Pliszyło. Witamy na naszym blogu!

Dwa spojrzenia - na fotografie, na zdjęcia… taki mamy z Adamem pomysł na PhotShot. Niestety Adam nie mógł pójść ze mną na wernisaż “Dziennik” Łukasza Kusia w krakowskiej ZPAF Gallery, dlatego zabrałem Konrada - kulturoznawcę, socjologa, dziennikarza, analityka kultury, miłośnika książek i nienormalnych filmów, a prywatnie - mojego współlokatora ;) 
Po ciekawych dyskusjach, zarówno na miejscu i później, obaj napisaliśmy co myślimy.


imageŁukasz Kuś - “Dziennik” (Fot. ZPAF Gallery)

Kuba
Jeśli choć trochę znacie moje fotografie, wiecie że lubię prostotę. Potrafię docenić wartość zdjęcia strzelonego na środku nowohuckiego blokowiska, za przydrożnym barem przy A4’ce, czy pod obskurnym mostem w Katowicach - sam często takie robię. Zdjęcia pozornie zwykłych rzeczy w zwykłych, codziennych sytuacjach, a jednak coś w nich jest.

Dziennik (np. fotograficzny) zdaje się bazować na podobnym mechanizmie - dokumentacji rzeczywistości. Wizualne zapiski codzienności, personalne notatki… No właśnie - personalne. Prywatne, osobiste, schowane, swoje, własne. Dziennik jako taki, w swojej naturze, zamyśle i pomyśle (to praktycznie jedno i to samo, w dodatku tworzy niepotrzebny rym cym cym) jest czymś prywatnym.
I tutaj też widzimy niezwykle osobistą historię choroby - codziennego obcowania i walki z nią kogoś bardzo bliskiego. Historia ta jest jednak całkowicie niedostępna dla widza jej nieznającego. Ktoś kto nie poznał jej gdzieś indziej (wcześniej), nie pozna jej i tutaj. Zgodnie ze słowami autora - ponoć taki był zamysł koncept.

Tu wchodzimy trochę w temat tekstu, który chcę niedługo napisać - dlaczego warto robić zdjęcia? Bo fotografie przypominają ich autorowi i uczestnikom, pewne sytuacje i zdarzenia – (w szerszym kontekście) szerszy kontekst. Jest on jednak znany w ogromnej większości tylko im - ludziom, którzy tam byli gdy pracowała migawka aparatu. Odczucia, wspomnienia, słowa, melodie, zapachy z nimi związane pozostają w naszej pamięci, a zdjęcia tylko je nam przypominają. Bo przecież kumpel z pracy, gdy jesteś po trzydziestce, nie widzi na zdjęciu, że Twój tata robiąc je, podczas Twoich 7 urodzin, puszcza do Ciebie oko. Ty to widzisz – pamiętasz.
Za “Dziennikiem” Łukasza Kusia stoi zapewne mnóstwo takich puszczonych “ok”. Niestety nie zostały one puszczone do
nas.

Co nam zostaje z tej wystawy jeśli nie historia? Nie mogę ocenić jej fotograficznie, bo to by było jak ocenianie mojego Instagrama - w końcu to też swego rodzaju dziennik. Co ciekawe, wszystkie fotografie zostały zrobione Fuji Instax’em, a więc fizycznym pierwowzorem smartphon’owej aplikacji.
Jestem oczywiście otwarty na wszystkie interpretacje, do mnie to jednak zwyczajnie nie przemówiło.


imageŁukasz Kuś - “Dziennik” (Fot. ZPAF Gallery)


Konrad
Pierwszą najbardziej elementarną kwestią tej wystawy był problem przestrzeni, z którym autor nie poradził sobie zadowalająco i bynajmniej nie chodzi mi tu o przestrzeń galerii, a sferę emocjonalną fotografii. Projekt, który miał być uzewnętrznieniem pewnej intymnej historii, (a więc całkowitym ekshibicjonizmem uczuciowym), tłumaczony był jako „coś
dla tych, którzy wiedzą o co chodzi”. No dobrze, a więc po co to w ogóle wystawiać w przestrzeni ogólnie dostępnej? Autor postawił tym samym ogromną barierę, która z galerii, będącej przestrzenią inkluzywną, zrobiła miejsce ekskluzywne, pełne intymnych „wycieczek osobistych”, które dla „niezrzeszonych” stanowić będą średnio interesującą mozaikę fotografii. Wszystko to dotyczy pewnej historii, której istnienia mogą się jedynie domyślać.

Kolejną rzeczą na którą zwróciłem uwagę, są pewnie nieścisłości w prowadzeniu narracji autora w swoich pracach. Dość jasno widać, że projekt ma zarówno rozpoczęcie jak i zakończenie w postaci fotografii ogrodu. W „środku” mamy jednak rozsypane zdjęcia, które niekiedy stanowią pewne zestawy, a zazwyczaj są po prostu silnie nacechowane emocjonalnie (rzecz jasna tylko dla autora, bo nikt inny nie wie przecież o co chodzi – założenie autorskie), nie ma tu jednak żadnej większej, jasno widocznej logiki. Aż prosi się, żeby między zdjęciami narysować strzałki, które mogą prowadzić do (nawet zwodniczych) newralgicznych punktów, które nadałyby większy sens. Czułem się trochę jakbym oglądał akwarium pełne różnych ryb. Niby ich dużo i kolorowe, ale co tak naprawdę łączy je oprócz tego, że każda z nich jest rybą.

Mimo powyższych, średnio pochwalnych uwag, uważam, że wystawa ma duży potencjał i można zaprezentować ją lepiej w odpowiedniej przestrzeni lub z konkretną narracją. Rozumiem założenia „sztuki dla siebie”, ale nie uważam, że autorowi do końca o to (tak naprawdę) chodziło. Żałuję, że żadne ze zdjęć (oprócz plakatowego) nie zapisało mi się dokładnie w pamięci i nie jestem tym samym stwierdzić, czy ilość zdjęć przedstawiających postaci ludzkie do ilości fotografii przedmiotów była
proporcjonalna, nie mówiąc o wielu innych szczegółach. Z chęcią zobaczyłbym tę wystawę jeszcze raz, ale w zupełnie innej aranżacji.

***

Jeśli będziecie w okolicach - warto wstąpić i rzucić okiem. Wystawę możecie nadal zobaczyć. Do 15.05.13 pozostaje na
ścianie ZPAF Gallery przy ul. Św.Tomasza 24. Nie zapomnijcie podzielić się z nami swoimi wrażeniami.
A tutaj trochę zdjęć Karoliny Moskały z wernisażu —> KLIK.

/Kuba i Konrad

TEDxKraków vol 2

Kliknij TUTAJ żeby skomentować lub polubić :)

TEDxKrakw vol 1

Kliknij TUTAJ żeby skomentować lub polubić :)